Represje

„Leżałem na plecach, a   milicjanci  stanęli mi na dłonie i na stopy i dawaj okładać tymi pałami”

Represje wobec uczestników strajków z czerwca 1976 r.

Akcja masowych zatrzymań uczestników demonstracji w Radomiu w dniu 25 czerwca 1976 r. zaczęła się wieczorem i z największym nasileniem trwała do końca 26 czerwca – gdy zatrzymano już 368 osób. Kolejne osoby zatrzymywano w następnych tygodniach. Pochodzące z różnych źródeł informacje na temat liczby zatrzymanych w Radomiu nie są spójne, ale wynika z nich, że do końca czerwca zatrzymano łącznie 471 osób,  a do końca lipca około 650. 

W rzeczywistości liczbę tą należałoby powiększyć o wymykające się wszelkim statystykom osoby zatrzymane, niejednokrotnie pobite, które po kilku godzinach zostały zwolnione i nie poniosły konsekwencji karnych. W Ursusie łączna liczba osób zatrzymanych w dniu protestu i w następnych dniach wyniosła co najmniej 194, w Płocku zaś 55. Oznaczałoby to, że w całym kraju zatrzymano co najmniej około 900 osób. W rzeczywistości, przez korytarze, pomieszczenia i cele komend i aresztów przewinęło się ich zapewne więcej –działacze KOR szacowali, że w samym Radomiu zatrzymano około 2000 osób.

Początkowo chodziło zapewne o zatrzymanie jak największej liczby osób znajdujących się w rejonie wydarzeń, a które dopiero później mogły – ale wcale nie musiały – być identyfikowane na podstawie milicyjnych notatek, materiałów operacyjnych, czy też donosów. Stąd wiele osób wspomina, że na ulicach Radomia i Ursusa trwały regularne „polowania” na ludzi zatrzymywanych na ulicach i w domach; czasem na podstawie kryterium „brudnych rąk”. Miały one jakoby świadczyć o tym, że ich właściciel rzucał kamieniami i brał udział w walkach ulicznych. Odnotowano kilkadziesiąt przypadków działań mających służyć poręcznej dla propagandy „kryminalizacji” czerwcowych protestów: zatrzymywanych wożono po mieście, każąc zbierać porozrzucane na ulicach przedmioty – samochód wracał już z „podejrzanymi o kradzież” i „zakwestionowanymi przedmiotami”. Przechodniów groźbami zmuszano do podniesienia towarów z ulicy, aby po przejściu kilkunastu metrów zatrzymać ich już ze „skradzionymi” przedmiotami. Wreszcie biciem zmuszano do przyznania się do kradzieży rzeczy już znajdujących się w komendzie milicji.

Okrutna represja polegająca na przeprowadzaniu karanego przez długi szpaler stojących twarzą do siebie ludzi, bijących przechodzącego po całym ciele ma długą tradycję, w Polsce znaną jeszcze jako drastyczną karę stosowaną w XIX wieku w armii carskiej. Tą bestialską metodą posługiwali się funkcjonariusze milicji i Urzędu Bezpieczeństwa w czerwcu 1956 r. w Poznaniu oraz w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu. Milicjanci, funkcjonariusze SB i ZOMO posłużyli się nią również na masową skalę w czerwcu 1976 r. Sami mówili wówczas do bitych w milicyjnych komendach i aresztach, że robią im „ścieżkę zdrowia”, przez co mimochodem upowszechnili to określenie. Notabene fakt, że padało ono jednocześnie w Radomiu i Ursusie z ust bijących, może świadczyć, że podobne zachowania były elementem szkolenia lub rutynowego zachowania w podobnych – dramatycznych – sytuacjach.

W śledztwie prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową w Radomiu w latach 1995-1999 przesłuchano blisko 500 świadków, uczestników bądź obserwatorów protestu czerwcowego. Ponad trzystu z nich mówiło o „ścieżkach zdrowia”. Dramatyczne opisy wielokrotnego brutalnego bicia i znieważania przy każdej okazji można przeczytać w dziesiątkach relacji i usłyszeć z ust wielu świadków. Zatrzymanych uczestników demonstracji w Radomiu doprowadzano do komend Wojewódzkiej bądź Miejskiej gdzie przeprowadzano ich przez „ścieżkę zdrowia”. Ustawieni w szpaler przed wejściem lub wewnątrz budynku funkcjonariusze milicji i ZOMO bili ich po całym ciele długimi, 75-centymetrowymi pałkami szturmowymi, bili pięściami, kopali. Bito również pałkami trzymanymi odwrotnie, tak aby uderzenia uchwytu zadawały jeszcze większy ból – co nazywano biciem „po warszawsku”.

Zatrzymanych bito również w następnych dniach, w czasie przewożenia, przesłuchań milicyjnych, gdy szli na przesłuchania prokuratorskie i z nich wracali. „Ścieżki zdrowia” praktykowano również w aresztach śledczych w Radomiu, Grójcu, w kilku przypadkach w Kielcach, oraz aresztach milicyjnych w Przysusze, Białobrzegach i Szydłowcu. W niektórych przypadkach zatrzymanych bili również funkcjonariusze Służby Więziennej. W Warszawie stosowano „ścieżki zdrowia” w komendzie milicji w Ursusie i w Areszcie Śledczym na ul. Rakowieckiej. Brutalność milicjantów i zomowców w Radomiu kierowała się nie tylko przeciwko zatrzymywanym, ale również przeciw przygodnie napotkanym na ulicy osobom. Śmiertelną ofiarą spotkania z milicyjnym patrolem według wszelkiego prawdopodobieństwa był Jan Brożyna, o którego zabójstwo oskarżono później świadków jego pobicia przez milicję.

Stanisław Górka, który zaraz po zatrzymaniu stracił przytomność po kilku uderzeniach pałką w głowę, wspominał, że leżał na podłodze samochodu jadącego do komendy, był bity przez ośmiu milicjantów. „Leżałem na plecach, a oni – milicjanci chyba MO albo ZOMO, nie pamiętam – stanęli mi na dłonie i na stopy i dawaj okładać tymi pałami. W kwietniu tamtego roku byłem operowany na wyrostek. Bałem się, że od tego bicia szew mi się otworzy i prosiłem, żeby mnie chociaż w brzuch nie bili… A oni tłukli jeszcze mocniej”. Jeden z nich trzymał mu nogę na gardle i mówił „zabijemy cię teraz skurwysynu”. Strzygący go porucznik uderzył go w żołądek, a gdy usłyszał o operacji wyrostka „wycelował pięść i uderzył mnie akurat w to samo miejsce, po czym już drugi raz straciłem przytomność”. Rozebrany do naga znalazł się z 25 innymi zatrzymanymi w dwuosobowej celi, do której wrzucono gaz łzawiący „na orzeźwienie”.

Jeden z pokrzywdzonych wspominał: „Gdy prowadzili mnie na Komendę, kopali mnie, pluli; jeden uderzył mnie hełmem w twarz, skrzywiając nos. Przed Komendą Wojewódzką stali inni milicjanci, którzy bili przechodzących pałkami. Wewnątrz, na korytarzach, prowadzono pojedynczo, a ustawieni milicjanci bili i kopali przechodzących. W pokoju 105 kazali mi się położyć na podłodze i zaczęli strzyc scyzorykiem”. Osoby, które próbowały przebiec przez „ścieżkę zdrowia” w nadziei, że dzięki temu otrzymają mniej uderzeń, były zawracane (nieraz kilkakrotnie) i musiały iść powoli, aby każdy funkcjonariusz w szpalerze mógł uderzyć. „Trzeba było szybko biec. Twarz zasłoniłem, to tłukli po rękach. Popuchły mi. Cztery palce złamane, po dwa w każdej ręce”. Waldemar Dudziński wspominał: „Na plecach zostawały krwawe ślady w kształcie litery „A”. Słyszałem jak jeden z milicjantów krzyknął: <Ale mu sk…synowi przyjebałem, aż go wyprostowało>. Zorientowałem się, że nie warto przechodzić zbyt szybko. Lepiej też było iść w miarę wyprostowanym. Bili wtedy głównie po ramionach. Bolało mniej niż uderzenia w plecy”.

Wielu zatrzymanych w poniżający i brutalny sposób strzyżono: krawieckimi nożycami, scyzorykami, nożami, wreszcie wyrywano włosy gołymi rękami, każąc chować je do kieszeni. Jeden z bitych w czasie przesłuchań wspominał, że tych, którzy nie wytrzymywali, wywlekano do ubikacji i polewano wodą z gumowego węża. Gdy po przybyciu do aresztu, któryś z zatrzymanych spytał się, jak ma dojść do celi, usłyszał, że nie musi się martwić i zaraz będzie mieć kierunek, którym okazał się szpaler ustawionych po obu stronach korytarza zomowców. Szczęk klucza w zamku celi – ponieważ oznaczał przerwę w biciu – zapamiętał jako „najpiękniejszy dźwięk na świecie”. Inny zatrzymany wspominał, że po przyjeździe do aresztu „rozebrali nas do naga i ustawili twarzami do ściany z rękami podniesionymi do góry, i bili nas wszystkich gumami. Kto upadł polewali go wodą i z powrotem bili. Następnie wprowadzili nas do celi (ciągle nago) i kazali stać na betonie nie dając jeść ani pić. Następnie obudzili nas w nocy i kazali się szybko ubierać. Kiedy ubraliśmy się, przeganiali nas  z celi do celi bez przerwy bijąc gumami. Następnie stłoczyli wszystkich w jednej małej celi i kazali spać na podłodze z betonu. […] Nad ranem wygonili nas znowu na korytarz, kazali nam skakać <żabkę> bijąc przy tym i kopiąc”. Romuald Jęczkowski wspominał pierwsze spostrzeżenia po odzyskaniu przytomności: „Byłem zbity, storturowany, niepodobny do człowieka, głowę miałem spuchniętą i porozcinaną, w związku z czym straciłem słuch i do tej pory jestem głuchy na prawe ucho. Wokół mnie leżeli na posadzce i na korytarzach ludzie w stanie takim jak ja lub gorszym, wydając straszne jęki niepodobne do ludzkich”.

Chociaż formalne polecenie uruchomienia działania grup śledczych wydano dopiero o godzinie 15.45, rozpoczęły one swoje praktyczne działania od rana 25 czerwca, w Radomiu od momentu zatrzymania pierwszych manifestantów. Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami ich zadaniem było „ustalenie organizatorów i inspiratorów oraz udokumentowanie ich działalności na potrzeby prawno-karne”. W ramach grup śledczych rozstrzygano, czy wobec zatrzymanego prowadzić postępowanie przygotowawcze, postępowanie w trybie przyspieszonym przed sądem bądź kolegium karno-administracyjnym, decydowano też o zwolnieniu. Do kierowanej przez mjr. Kazimierza Rojewskiego grupy śledczej, liczącej pierwotnie 23 osoby, skierowano dodatkowych funkcjonariuszy z centrali MSW i innych miast. Liczyła ona ostatecznie 108 funkcjonariuszy.

Zatrzymani następnie trafiali do aresztów śledczych bądź aresztów milicyjnych, nierzadko bez żadnej podstawy prawnej – nakazu aresztowania. Dokumentację uzupełniano post fatum. Choć nie było to zgodne z przepisami, zatrzymanych przyjmowano w aresztach na podstawie poleceń telefonicznych i sporządzonych odręcznie wykazów, bez żadnej podstawy prawnej. Uzasadnieniem takiego postępowania był – według ówczesnego naczelnika aresztu w Radomiu – otrzymany z Warszawy nakaz wykonywania poleceń komendanta wojewódzkiego MO i stosowania tzw. sankcji generalnej, rzekomo dopuszczającej omijanie obowiązujących przepisów.

Zgodnie z ówczesnym prawem, każdy obywatel mógł być zatrzymany na okres 48 godzin, po upływie których prokurator powinien albo przedłużyć okres zatrzymania, zastosować areszt, albo uwolnić go. W Radomiu wiele osób było przetrzymywanych ponad dopuszczalne 48 godzin nawet bez jednego przesłuchania, bez przedstawienia zarzutów, tymczasowego aresztowania, orzeczenia kolegium, bądź wyroku sądu. Jeden z zatrzymanych i brutalnie pobitych (stracił siedem zębów, gdy był trzykrotnie zawracany na „ścieżce zdrowia”), spędził w areszcie siedem dni, po czym został zwolniony bez przedstawienia formalnych zarzutów. W akcie oskarżenia sporządzonym przez prokuraturę w 1999 r. podano przykład grupy osób, wobec których nie podjęto w ciągu 48 godzin żadnych kroków, a których nie zwalniano, ponieważ miały być sądzone. Aby obejść przepisy o 48-godzinnym zatrzymaniu praktykowano również zwolnienie osoby po upływie tego czasu i ponowne zatrzymywanie tuż za drzwiami komendy. Aby ukryć te nagminne zabiegi dokumenty fałszowano lub antydatowano.

Dzień po proteście wprawiono w ruch kolegia karno-administracyjne i sądy działające w trybie przyspieszonym. W Radomiu sporządzono łącznie 244 wnioski o ukaranie w trybie przyspieszonym przed kolegium. W Warszawie do 8 lipca sporządzono 126 wniosków, a w Płocku skierowano do kolegium sprawy 10 osób. 26 czerwca około godziny 10.00 w Urzędzie Stołecznym odbył się instruktaż dla przewodniczących kolegiów dzielnicowych, z udziałem przedstawiciela Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW, Komendy Stołecznej MO, Prokuratury Wojewódzkiej i kierownictwa miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych. Powołano składy orzekające, określono politykę represyjną i zadecydowano, że obecność milicjantów – świadków nie jest niezbędna, wystarczą ich notatki i protokoły przesłuchań. Prokurator zapowiedział, że zatrzymanych robotników należy traktować jak niepracujących chuliganów, ponieważ „już zostali zwolnieni ze skutkiem natychmiastowym od dnia 25 czerwca”. Wyraźnie sugerował orzekanie tylko kar aresztu.

Po godzinie 21.00 w warszawskich kolegiach zapadły pierwsze wyroki. Większość spraw toczyła się przed kolegiami przy Urzędach Dzielnicowych Warszawa-Ochota i Warszawa-Praga Południe. Kolegia obradowały w trzyosobowych zespołach z udziałem – pełniącego rolę oskarżyciela – funkcjonariusza milicji. Większość zarzutów dotyczyła artykułu 50 i 51 § 2 kodeksu wykroczeń – zakłócania porządku publicznego z pobudek chuligańskich, uczestniczenie w zbiegowisku publicznym i nie opuszczanie go mimo wezwań MO. Duża część zarzutów dotyczyła rzekomego zachowania manifestantów: zatrzymywania samochodów, rzucania kamieniami itp. Podstawowymi dowodami ich winy były pisemne oświadczenia świadków-funkcjonariuszy oraz notatki, według których, na odzieży zatrzymanego stwierdzono obecność środków fluoryzujących, z których korzystali cywilni funkcjonariusze SB. Dowody mogły świadczyć, że zatrzymany przebywał w miejscu protestu, ale nie dokumentowały zarzucanego mu często „agresywnego” zachowania.

Panowała opinia, że członkowie kolegiów – jako wybierani z grona aktywu partyjnego – powinni wiedzieć jak orzekać bez specjalnych dyrektyw, tym razem jednak nie znalazła potwierdzenia. Na 129 spraw, w 76 zapadły kary grzywny ( 41 – od 3 do 5 tys. zł, 33 – od 1 do 3 tys. zł)., w 33 sprawach – kara ograniczenia wolności, a w 20 kara aresztu – przy czym w 16 przypadkach w zawieszeniu. Piotr Cichocki, ówczesny kierownik WSW w Urzędzie Dzielnicowym Praga Południe wspominał, że takie orzecznictwo było rezultatem wieloletniej praktyki, w której robotników mających stała pracę w kolegiach nie karano aresztem. Według niego, jeszcze tego samego dnia próbowano w tej sprawie interweniować z zarzutami, że kolegium nie stosuje się do wytycznych z odprawy i nie orzeka kar aresztu. Podobnie – w większości kary grzywny, orzekały kolegia w Radomiu.

Władze najprawdopodobniej uznały, że kary ferowane przez kolegia są zbyt łagodne, a uczestników protestu należy ukarać przykładnie. Jeszcze 27 czerwca wiceminister spraw wewnętrznych Bogusław Stachura zwołał na następny dzień kolejną odprawę kierowników wydziałów spraw wewnętrznych urzędów dzielnicowych z udziałem przedstawicieli Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW, Komendy Stołecznej i prokuratury. W jej trakcie zapowiedziano, że dotychczasowe orzeczenia są liberalne i powinny zapadać wyroki skazujące na areszt, co wywołało zdziwienie części zgromadzonych, gdyż do tej pory zapadały kary w większości odpowiadające wnioskom oskarżycieli z komend dzielnicowych – wnioskowali o karę aresztu tylko w 11 przypadkach. Również 28 czerwca tych ostatnich poinstruowano i polecono zaskarżenie dotychczasowych orzeczeń. 29 i 30 czerwca Komenda Stołeczna MO zaskarżyła 102 wyroki, we wszystkich przypadkach domagając się orzeczenia aresztu. Cztery kolegia odwoławcze oraz komisja orzecznictwa do spraw Wykroczeń przy prezydencie miasta st. Warszawy niezwłocznie przychyliły się do tych wniosków, zwracając te sprawy do kolegiów pierwszej instancji. Tym razem – jak wspominał Cichocki – kolegia były tylko „biernym narzędziem” wykonywania poleceń „z góry”, nie ukrywającej zresztą wykonywania poleceń płynących z MSW. W rezultacie w 102 sprawach zapadły 84 wyroki pozbawienia wolności na 3 miesiące, 13 wyroków – na dwa miesiące i 5 wyroków – na miesiąc pozbawienia wolności.

Niewątpliwie identyczny był mechanizm zaostrzenia represji w Radomiu. Zatrzymani nie byli przed kolegiami dopuszczani do głosu, a dowodami ich winy były milicyjne notatki i „brudne ręce”. W czasie pierwszej narady z udziałem wojewody radomskiego Romana Maćkowskiego – lub jego zastępcy – sugerowano orzekanie kar ograniczenia wolności. W czasie kolejnej narady u wojewody, z udziałem komendanta wojewódzkiego MO zażądano od kolegiów orzekania maksymalnego wymiaru kary – 3 miesięcy aresztu, bez względu na charakter zarzutów. Zarówno ówczesny kierownik Wydziału Spraw Wewnętrznych w Urzędzie Miasta, przewodniczący jednego ze składów kolegiów, jak i jeden z jego członków zapamiętali, w jakiej atmosferze odbywało się to spotkanie. Maćkowski miał walić pięścią w stół i krzyczeć, by członkowie kolegiów karali surowo, miały również padać zapowiedzi, że członkowie kolegium nie wyjdą z budynku, dopóki orzeczenia nie będą satysfakcjonujące. Gdy mimo to, zapadał „zbyt łagodny” wyrok, sprawę przekazywano innemu składowi kolegium. W rezultacie niektóre osoby były sądzone za ten sam czyn trzykrotnie lub nawet czterokrotnie, a niektórzy zwolnieni już do domów, po kilku dniach ponownie zatrzymywani.

 

Na 225 orzeczeń w pierwszej instancji – Komenda Wojewódzka w Radomiu odwołała się do komisji orzeczniczej do spraw wykroczeń przy wojewodzie radomskim w 94 sprawach, uznając za zbyt łagodne 80 orzeczeń grzywny, 12 orzeczeń ograniczenia wolności i 2 uniewinnienia. Odwołano się również od 6 wyroków kolegiów w drugiej instancji, uznając za zbyt łagodną karę miesiąca aresztu. Odwołania miały identyczną treść: „Komenda Wojewódzka MO uznaje, że wymierzona kara jest nie współmiernie niska do rodzaju zarzuconego wykroczenia, Stopień społecznego niebezpieczeństwa czynu uzasadnia potrzebę zastosowania aresztu”.  Wojewoda radomski przychylił się do wniosków i w rezultacie, w 212 sprawach zapadło 201 kar aresztu zasadniczego (oprócz kar dodatkowych, np. grzywny): 155 osób skazano na 3 miesiące aresztu, 37 – na 2 miesiące, 8 – na jeden miesiąc, a jedną – na sześć tygodni aresztu. Zaledwie 9 osób skazano „tylko” na karę grzywny w wysokości od 3 do 5 tys. zł. Wreszcie, jedną osobę skazano na 3 miesiące ograniczenia wolności. W Płocku do kolegium skierowano sprawy 10 osób, 7 – w trybie przyspieszonym, 3 – w trybie zwykłym.

Niemal jednocześnie z kolegiami rozpoczął działalność – trwającą dzień i noc – Sąd Rejonowy wydający wyroki w trybie przyspieszonym. Podstawą oskarżenia były łudząco do siebie podobne zeznania milicjantów stwierdzające, że daną osobę widziano, a poznano, gdyż była już wcześniej karana. Procesy w trybie przyspieszonym przed Sądem Rejonowym w Radomiu rozpoczęły się wieczorem 26 czerwca, około godziny 19.00. Tego dnia zapadł wyrok w sprawie ośmiu osób, a 27 czerwca – 43. Łącznie, w dniach 26 i 27 czerwca stanęło przed sądem 51 osób. O tym, w jakiej atmosferze odbywały się rozprawy może świadczyć historia  jednego z sędziów Sądu Rejonowego, który ferował wyroki w sobotę, ale w niedzielę nie pojawił się w pracy (co przed przełożonymi uzasadniał brakiem pisemnego polecenia), a któremu grożono utratą pracy i wymierzono naganę. W wyniku rozpraw w trybie przyspieszonym 42 osoby skazano na kary pozbawienia wolności lub aresztu (28 wyroków od 1 roku do 5 miesięcy pozbawienia wolności, 14 wyroków od 2-3 miesięcy aresztu), a jedną osobę na karę ograniczenia wolności. 8 spraw przekazano do dalszego postępowania Prokuraturze Rejonowej (ze względu na uprzednią karalność sądzonych), a ta ostatnia skierowała do Sądu Wojewódzkiego 18 rewizji od wyroków wydanych w trybie przyspieszonym. W Sądzie dla nieletnich znalazły się 43 sprawy, z których 19 osób umieszczono w schronisku dla nieletnich, a wobec 10 zastosowano dozór kuratorski.

  Po kilku dniach Prokuratura Wojewódzka w Radomiu przejęła wszystkie akta z dotychczasowej działalności kolegiów i sądów, aby „wychwycić” sprawy nadające się do zaostrzenia represji (np. wniesienia rewizji na niekorzyść) wobec skazanych lub ukaranych. Chodziło również o uruchomienie procesów osób, „które winny być pociągnięte do odpowiedzialności karnej za udział w podpaleniach, demolowaniu i rabunkach w dużych rozmiarach”. Do radomskiej prokuratury skierowano z Warszawy przedstawicieli Prokuratury Generalnej PRL, zastępcę prokuratora generalnego i dyrektora Departamentu Postępowania Karnego Ludomira Andersa i prokuratora Andrzeja Halotę, którzy podejmowali kluczowe decyzje, w rzeczywistości kierując miejscowymi prokuratorami. W Radomiu prowadzono 159 postępowań przygotowawczych. Zakończono je wniesieniem do Sądu Rejonowego aktów oskarżenia przeciwko 188 osobom, z których tymczasowo aresztowano 147 osób. Pewna część spraw miała autentycznie kryminalny charakter i dotyczyła osób rzeczywiście biorących udział w rozbijaniu sklepów i grabieżach, ale część z nich dotyczyła „udziału w zbiegowisku” (art. 275 ówczesnego kodeksu karnego), „czynnej napaści na funkcjonariusza MO” (art. 234 k. k.) i „znieważenia funkcjonariusza MO”. W sprawach o charakterze kryminalnym, obrońcy z reguły wnioskowali o złagodzenie kary, w pozostałych – kwestionowali wiarygodność zeznań świadków i winę oskarżonych. Niemniej, jeden z ówczesnych sędziów sądu rejonowego uważał, że w panującej wówczas atmosferze nagonki na radomskich i ursuskich „warchołów”, nie były potrzebne bezpośrednie naciski – telefony do sędziów z poleceniami kogo należy skazać i na jaką karę. Jak wynika z danych Prokuratury Generalnej PRL, którymi później posługiwały się władze, w całym kraju tymczasowo aresztowano łącznie 239 osób (Radom: 173, Ursus: 31, Płock: 35).

„Ktoś z Prokuratury Generalnej (dziś nie pamiętam kto) zwrócił się do mnie: <chcemy zrobić duże, grupujące po 6, 7 osób, pokazowe śledztwo. Proszę wybrać tych, których oskarżymy. Mają to być osoby karane, o złych wywiadach środowiskowych, nigdzie nie pracujące>” – wspominał ówczesny prokurator w radomskiej Prokuraturze Wojewódzkiej Romuald Zień. Taka – ewidentnie polityczna – była geneza procesów toczących się latem i jesienią 1976 r. przed Sądem Wojewódzkim w Radomiu w czterech sprawach dotyczących grupy 25 osób – wytypowanych na „prowodyrów” wydarzeń. Osiem osób skazano na karę od 8 do 10 lat więzienia, jedenaście otrzymało karę 5 do 6 lat, a sześć na 2 do 4 lat. W Ursusie w dwóch procesach skazano siedem osób na kary od 5 do 3 lat więzienia.

Rozprawy przed sądami nie miały wiele wspólnego ze sprawiedliwością. Wobec oskarżonych stosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej na podstawie artykułu 275 ówczesnego kodeksu karnego. Byli oskarżeni o to, że „w dniu 25 czerwca w Radomiu działając w sposób chuligański wzięli udział w zbiegowisku publicznym, którego uczestnicy wspólnymi siłami dopuścili się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy publicznych oraz na obiekty i urządzenia gospodarki uspołecznionej, powodując w następstwie tego zamachu uszkodzenia ciała 75 funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej oraz szkodę mieniu społecznym w wysokości ponad 28 mln. zł”. Arkadiusz Kutkowski zauważył, że według prokuratury oznaczało to, że „udział w jakiejkolwiek fazie tego zbiegowiska prowadzi do odpowiedzialności za wszystkie skutki demonstrującego tłumu”. Aby skazać na podstawie tego artykułu wystarczyło więc udowodnić, że oskarżany choćby przez kilka minut przebywał na ulicach Radomia w rejonie starć. Drastycznym przykładem działania tego drakońskiego artykułu były zarzuty stawiane człowiekowi, który przez cały dzień pracował poza Radomiem, a zatrzymano go na ul. Żeromskiego około godziny 18.00. Co więcej, w akcie oskarżenia przed sądem – aby zamazać rzeczywisty charakter protestu – skrupulatnie pomijano fakt podpalenia i zdemolowania siedziby Komitetu Wojewódzkiego PZPR, choć to właśnie na nim skupił się wybuch społecznego niezadowolenia. Prowadziło to – jak stwierdził Kutkowski – do absurdalnych konsekwencji, gdyż ktoś komu w śledztwie zarzucano podpalenie lub demolowanie gmachu wojewódzkiej organizacji partyjnej, znajdował w wykazie zniszczeń kilkanaście instytucji i przedsiębiorstw, ale nie budynek KW PZPR. Sądy nie prowadziły postępowań dowodowych poprzestając na zeznaniach funkcjonariuszy milicji, którzy w świetle swoich zeznań – jak dowodzili broniący w sprawach adwokacji związani z opozycją – niejednokrotnie musieliby przebywać w odległych punktach miasta jednocześnie.

Najszerszy zakres miały dyscyplinarne zwolnienia z pracy, dotykające – oprócz zwalnianych automatycznie zatrzymanych, aresztowanych, bądź skazanych – wielu spośród tych, którzy 25 czerwca wzięli udział w strajkach. Z Zakładów Metalowych im. gen. „Waltera” zwolniono około 380, a z „Ursusa” niemal 300 osób. W skali całego kraju było to kilka tysięcy osób.

Robotników zwalniano z zakładów przemysłowych bez okresu wypowiedzenia, w oparciu o artykuł 52 kodeksu pracy, czyli za „ciężkie naruszenie przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych, a w szczególności zakłócenia porządku i spokoju w miejscu pracy, opuszczenia miejsca pracy bez usprawiedliwienia”. Tryb zwalniania w wielu przypadkach wyglądał podobnie. Przychodzącym do pracy robotnikom odbierano na portierni wejściówki, w asyście straży zakładowej prowadzono do działu kadr lub dyrekcji, wręczano pisemne zwolnienie. Tym, którzy nie zgłosili się do pracy (np. ze względu na zatrzymanie) – dyscyplinarne zwolnienia wysyłano pocztą. Seryjne decyzje podejmowały komisje zakładowe, składające się z kierowników, przedstawicieli związków zawodowych, zakładowej organizacji partyjnej bądź młodzieżowej.

W Zakładach Metalowych im. gen. „Waltera” jeszcze 26 czerwca wszyscy kierownicy otrzymali w czasie narady polecenie sporządzenia list ludzi, którzy dzień wcześniej strajkowali. W „Ursusie” pracownikom działów personalnych i kierownikom wydziałów polecono rozpoznawać pracowników na „wystawie” w miejscowym Domu Kultury, gdzie rozwieszono zdjęcia wykonane przez Służbę Bezpieczeństwa. Pracowników identyfikowano na podstawie zdjęć, donosów, ale bardzo często zwalniano ludzi, którzy w dniu protestu niczym się nie wyróżnili, byli skonfliktowani z dyrekcją, personelem administracyjnym, zakładowymi aktywistami, bądź po prostu znaleźli się w kontyngencie przypadkowych osób wytypowanych do zwolnienia.

Zwalnianym z zakładów w Radomiu i Ursusie towarzyszył „wilczy bilet” i przez dłuższy czas nie mogli znaleźć nigdzie pracy. Premier Piotr Jaroszewicz w rozmowie telefonicznej zakazał wojewodzie radomskiemu przyjmować do pracy w innych zakładach osoby karnie zwalniane. Jeden ze zwolnionych robotników „Ursusa”, w czasie rozprawy odwoławczej przed sądem pracy w Pruszkowie usłyszał, że wprawdzie do jego zwolnienia nie było podstaw, ale takie są aktualne dyrektywy. Można sobie wyobrazić, jak tragiczne dla wielu osób były konsekwencje pozbawienia na kilka miesięcy pracy i – w niektórych przypadkach jedynego źródła utrzymania. Była wśród nich również ta najbardziej dramatyczna. Zbigniew Gawęda, rozpoczął pracę w Zakładach Metalowych im. gen. „Waltera” jeszcze przed drugą wojną światową w wieku 16 lat. Chociaż w czasie protestu nie wyróżnił się niczym, na podstawie donosu, już nazajutrz nie wpuszczono o do fabryki, a 29 czerwca wręczono wymówienie. 18 sierpnia 1976 r. popełnił samobójstwo.

Represje dotknęły również administracje zakładów, w których strajkowano, a w „Walterze” objęły nawet wyższy personel kierowniczy. Nie ominęły również zakładowych związków zawodowych. Jak wynika z informacji Centralnej Rady Związków Zawodowych, w 76 zakładach (około 2/3 ogółu strajkujących zakładów w skali całej Polski), do 10 lipca ukarano 238 działaczy związkowych – przewodniczących i członków rad zakładowych, oddziałowych, mężów zaufania. Odwołano z funkcji 175 osób, w tym wyrażając zgodę na dyscyplinarne zwolnienie 81 osób. W Radomiu wykluczono ze związków zawodowych około 600 osób. W zakładach, w których miały miejsce „przerwy w pracy” przeprowadzono również weryfikację wśród członków zakładowych organizacji partyjnych i młodzieżowych.

 

Szczególny zakres miała weryfikacja w Radomiu, bowiem zgodnie z życzeniem najwyższych władz, ogarnęła całą wojewódzką organizację partyjną. W praktyce, rozmowy weryfikacyjne przeprowadzono nie tylko w zakładach pracy, ale ze swojego zachowania w czasie protestu musieli się tłumaczyć także członkowie komitetów wojewódzkich i miejskich PZPR i pracownicy aparatu, Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych, wojewódzkich organizacji młodzieżowych, sztabu Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, administracji w Urzędzie Wojewódzkim i Miejskim, a nawet Aresztu Śledczego. Do 20 lipca 1976 r. 224 zespoły przeprowadziły 9996 rozmów i wnioskowały o 361 wykluczeń z partii, 38 skreśleń z listy kandydatów, 51 nagan z ostrzeżeniem, 137 nagan i 112 upomnień. Proponowano również odwołanie z dotychczasowych funkcji 15 członków plenów, 47 członków egzekutyw i 29 sekretarzy Podstawowych Organizacji Partyjnych.

                                                           ****

Za przytaczanymi wyżej liczbami – które ktoś może traktować w kategoriach statystycznych – kryje się bezmiar ludzkiego cierpienia, którego doświadczyły tysiące ludzi w konsekwencji represji stosowanych przez władze po Czerwcu 1976 r. Warto pamiętać, że dla wielu osób, nawet nie dotkniętych bezpośrednio represjami, informacje o brutalnym zachowaniu aparatu bezpieczeństwa, biciu ludzi, „ścieżkach zdrowia”, pewności siebie i arogancji władz, były czymś głęboko upokarzającym. Wielu z tych, którzy musieli uczestniczyć w masowych wiecach potępiających radomskich i ursuskich „warchołow” w dużych i małych miejscowościach – w ramach gigantycznej kampanii propagandowej – miało poczucie, jakby napluto im w twarz, ale także jakby to oni sobie napluli w twarz

 

Paweł Sasanka